środa, 5 czerwca 2013

41. ***

kobieta człapie
nogę za nogą przesuwa boleśnie
pochylona garbem życia
sunie powoli majestatycznie
na ustach zamiast pomadki modlitwa
każdy krok znaczy prośbą do boga
o mniej trosk nad rozlanym mlekiem ludzkich spraw

40. Święta naiwności

Trzeba w sobie mieć tę naiwność, która jest w stanie uczynić ze słowa przeciwwagę dla towaru, jaki można kupić w supermarkecie. Słowo nie jest na sprzedaż, ba, nie ma ono odbiorców w skali uwzględniającej przeszukujących półki sklepowe, na których nie ma książek.
O święta naiwności! Podążasz nieroztropnymi drogami, zarosłymi chwastem, zapomnianymi przez większość, pamiętanymi przez nielicznych.
Świat wybudował sobie inne, nowocześniejsze drogi – arterie komunikacyjne, skracające odległość pomiędzy ludźmi, nie pozwalające na trwonienie czasu. Albowiem dla większości z nas czas jest najważniejszy i trzeba go intensywnie przeżyć. Prędzej, lepiej, doskonalej.
A słowo przedzierać się musi przez chaszcze, meandry rzek niosących rozdrobiony materiał skalny, ciemne puszcze i gliniaste parowy, zanim osiągnie cel niepewny, rozmyty i niedoskonały.
Kto żyw jeszcze niech wyjdzie na jego spotkanie.

wtorek, 4 czerwca 2013

39. Oto, jak tworzy się opowieść

Onegdaj, kiedy przeszłość moja nie zapowiadała przyszłości, tego kim jestem i kim się stanę (proszę z dystansem odnieść się do słowa „kim”), przed domem moim rodzinnym, kamienicą solidną wciśniętą pomiędzy ogrody a płot fabryczny, a za nim kolejowe tory, fabrykę cukru i magazyny, przed owym domem rósł jesion prastary, oparty pniem o drewniany, przylegający do budynku ganek. Korzenie drzewa wdarły się zapewne głęboko pod fundament; jego pień, chcąc ominąć zewnętrzną, zachodnią krawędź ganku, z konieczności złamał pion, aby wychynąć poza dach i móc dalej bez przeszkód piąć się w górę. A jaki cień uroczy dawał ów jesion, tego nie sposób nie docenić. nie sposób tez nie docenić tego, że wskutek pochyłości pnia, młodzież mogła bez trudu doznawać rozkoszy pokonywania wysokości drzewa i, tym samym, poszerzenia perspektywy spoglądania w kierunku południowo-wschodnim.
Razu pewnego nadciągnęła burza ze srogim wichrem i bezczelnym opadem gradu. Dzień w okamgnieniu stał się nocą; jesionem licho zakręciło, ścisnęło i targnęło nieludzką siłą. Kto wówczas ogarnąłby wzrokiem tę wściekłość natury, wiedziałby, że dni jesionu są policzone, ba, nie dni, nie godziny i nie minuty nawet. W jednej chwili lub jednej chwili ułamku silnie związane z kamienicą drzewo wydało ostatni dech, okrutnie rozdzielając na pół swoją, wydawałoby się, niezniszczalną konsystencję.
Padający jesion ranił dach, ściany i ławki ganku. Bezwładne pazury konarów zadrapały otynkowaną płaszczyznę budynku. Umarłe drzewo zatarasowało wejście do kamienicy, które, po przejściu nawałnicy, mieszkańcy nie bez trudu, przywrócili do używalności.
Koniec żywota drzewa był początkiem sklecenia z kilkudziesięciu zdań opowieści. Prawdopodobnie odczuwałem smutek z powodu rozstania się z jesionem, skoro już dnia następnego wziąłem do ręki ołówek
(co było moim zwyczajem), aby przynajmniej dla mnie, drzewo zmartwychwstało.
Wymyśliłem więc historię taką: dom na skraju wsi, przed nim, jak w „rzeczywistości mojej” rosnące drzewo. W domu samotny starzec, na podwórzu pies najwierniejszy biega, niespokojny, przeczuwający nadciągającą nawałnicę. Starzec spostrzega wreszcie ten nagły pomrok, jaki wdziera się od zachodu wraz z brunatną, koszmarnie niską a nażartą wilgocią chmurą. Woła do siebie psa, zaprasza do sieni. Drzwi wejściowe zamyka na klucz, a sam podąża do sypialni, gdzie, choć niepraktykujący katolik, modli się do świętego obrazka.
Za późno. Złowieszcza trąba powietrzna nadeszła prędzej, niż się tego spodziewał. Zapada ciemność, potem słychać potężny grom, a niebo stanęło w ogniu błyskawicy. Rozlała się powódź, wciąż mrok i czuć swąd palonego drzewa. Później cisza, niemy spokój i nieśmiałe światło dnia rozprasza ciemność.
Starzec przedostaje się do sieni – zburzona. Kloc drzewa ugodził front budynku, wdarł się do jego wnętrza, czyniąc spustoszenie odseparowanymi od korpusu pnia gałęziami. Jedna z nich, konar ciężki, solidny, nieprzytomnie zmoczony ugodził w czaszkę jego wiernego przyjaciela.
Mężczyzna, który przeżył w swoim życiu wiele, dwie wojny, oflag, powojenną poniewierkę, utratę najbliższych dodaje do swoich nieszczęść śmierć psa. Okrutny paradoks tej sytuacji wynika stąd, że ulitował się nad losem puszczonego samopas zwierzęcia i przygarnął do swego domu, ulitował się, a los i tak wziął swoje. „Gdybym go nie zawołał, gdybym nie zaprosił go do siebie, może by przetrwał” – myśli stary człowiek, który nigdy wcześniej nie płakał.
Ta opowieść zrodzona w bólach nad unicestwionym jesionem, przetworzona, sfabularyzowana, ujęta w formę fikcją rządzącego się opowiadania, nie przetrwała. Zaginęła bezpowrotnie, dzieląc los niepotrzebnych nikomu papierzysk. Pozostała jedynie w mojej ulotnej, niedoskonałej pamięci jako szkic, pewna myśl niedokończona lub do końca nie rozpoznana.
Można wprawdzie podążyć jej szlakiem i spróbować zapisać ją od nowa, lecz chyba to się nie uda, a i pewności nie ma, czy warto. 

poniedziałek, 3 czerwca 2013

38. Konwersacja niezrozumiała

Wezbrane fale ciężkich, niskich nocnych chmur zgotowały ulewę, a sążniste podmuchy wiatru nagle odcięły nas od elektryczności. Psy wpuszczono wcześniej do sieni – wtuliły się w swoje gorące i drżące ciała, przywierając do zamkniętych drzwi. Cała rodzina skupiła się w największym pokoju, gdzie przyjmowano od święta gości, a w dniach powszednich schodzono na obiad. W tym pomieszczeniu kluczowym miejscem był kominek, w którym palono, głównie w dni chłodne i pochmurne. Tego dnia, parnego i ciepłego, rozpalono ogień w kominku raczej dla zabawy i poprawy nastroju. Po wyłączeniu prądu okazało się, że płonące na ruszcie sosnowe polana jako jedyne ogniska, dostarczały niezbędnej w takich okolicznościach jasności. Burza narastała i trzeba było wziąć w karby młodzież, zająć jakim dobrym a pożytecznym słowem, aby gromy z błyskawicami wydawały się mniej groźne.
Każda rzecz przykra ma swój kres (oby!!!) i jeszcze tej nocy otwarto okna a ja z gospodarzem siedliska obeszliśmy zagrodę, zaglądając we wszystkie te miejsca, gdzie przebywały udomowione stworzenia. Poza spadłymi fragmentami gałęzi z pobliskich drzew nie odnotowaliśmy strat po przejściu nawałnicy i wróciliśmy do domu.
Przed snem, przy tlących się jeszcze polanach w kominku, przy lampce wina zapytałem gospodarza, czy moja obecność nie staje się dokuczliwa i czy nie zakłóca ona porządku dnia i spraw domowych.
Zdziwił się, skąd u mnie ten nagły niepokój i zapewnił, że mogę zostać tak długo, jak będę chciał. Odpowiedziałem, że coraz częściej miewam sny niespokojne, nawet podczas krótkich popołudniowych drzemek i w tych snach niepokój przeradza się w strach przed nieznanym, smutek w agresję a jasne spojrzenie w beznadzieję.
- W takim razie sprzedam, zniszczę, spalę wszystko, co łączyło mnie z przeszłym moim życiem. Boże, jak chciałbym stamtąd uciec i zburzyć za sobą mosty.
Poczułem się wasalem, zdającym się na łaskę i niełaskę seniora, biorącego mnie w opiekę, ale też będącego władnym dostosować moje nowe życie do swoich potrzeb.
- Rozumiem cię i spróbujemy, aby było ci u nas dobrze – odpowiedział.
- Będę potrzebował dużo papieru – stwierdziłem.
Nasza rozmowa, która toczyła się jeszcze z godzinę była jedną z najmniej zrozumiałych konwersacji dla tych, którzy nie mieli bladego pojęcia o mnie i niczego nie byli świadomi.
- Potrzebuję tego, wiesz, zajmę się gospodarstwem, dziećmi, zrobię wszystko, co każesz, tylko chcę mieć dużo papieru. Nie mogę bez tego żyć, a jeśli już dzięki tobie żyć będę, to … rozumiesz.
Sen spadł potem nagle i znowu spostrzegłem w nim nieuchronność losu, który kazał mi odejść jak najdalej od spraw, które dotąd wypełniały bez reszty moje życie. 

niedziela, 2 czerwca 2013

37. U wrót piekieł?

„W życia wędrówce, na połowie czasu,
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu.
Jak ciężko słowem opisać ten srogi
Bór, owe stromych puszcz pustynne dzicze,
Co mię dziś jeszcze nabawiają trwogi.” *
U wrót piekieł stanąłem, lecz piekło nie w Dantego borze, nie w stromym wzgórzu, jeziora strasznym obliczu, w wąwozach do przebycia daremnych, a nawet nie w tych pazurzastych drapieżnikach, gotowych skoczyć do mego gardła. Piekło wynalazł człowiek i posuwając się naprzód, ku ostateczności świadomość człowieczego sprawstwa najbardziej przeraża.
Kiedym więc wybrał się w tę podróż w mroczne ostępy lasu, myślom o piekle towarzyszyła mi horacjańska pogoda ducha, ta natura bezgrzeszna i wspaniała, strzelająca późnowiosennym rozkwitem zieleni, radosnym kwileniem ptactwa i brzękiem najmniejszych skrzydlatych, wielonożnych braci.
Myślałem sobie, że w tym raju na ziemi, zło uczynione mnie nie dosięże. Bo jakże to? Mam poddać się nienawistnej fali oszczerstw i zapomnienia? Mam ulec ludziom skorym do szantażu, pysznym a głupim? Podążam własną drogą, samotną, lecz czy nieszczęśliwą? Serce wprawdzie boli, oddech nietęgi a krok powolny, lecz sumienie wolne i sprawiedliwe.
Pomyślałem sobie, że dzisiaj nie ma szczęśliwszego ode mnie człowieka na tej właśnie drodze pomiędzy sosnami pachnącymi żywicą i młodym igliwiem, drodze, na której nie spotykam fałszywych i do cna zepsutych istot, przewrotnie „homo sapiens” zwanych.
W tych szczęśliwych okolicznościach znalazłem połać suchej śródleśnej łąki, kotliny, do której łatwo przedzierały się słoneczne promienie. Bosko zmęczony ułożyłem swoje ciało na wzgórku, zamknąłem oczy, pozwalając słońcu osuszać pot, co spływał  po skroniach. I nadszedł sen nieopatrzny, niespodziewany, i tak jak nadszedł, tak nagle przeminął. Wstałem. Aż zakręciło mi się w głowie. Słońce minęło polanę i skryło się za czuprynami sosen. Z trudem, zdezorientowany, odnalazłem drogę powrotną. Dotarłem do gospodarstwa, gdy zachód przybrał purpurowe oblicze.
- Martwiliśmy się o pana – usłyszał głos kobiety – mąż miał już wyjeżdżać na poszukiwanie pana.
- Przykro mi, ale musiałem odwiedzić raj. Rzeczywiście jest – odparłem.
- Skoro raj, to pewnie i piekło jest, prawda? – zapytała.
- Piekło jest gdzie indziej – odrzekłem, a że czułem zmęczenie, pomyślałem, że może innym razem opowiem, skąd bierze się piekło na ziemi. 

* Początek Pieśni I "Piekła" Dantego "Boskiej Komedii

sobota, 1 czerwca 2013

36. Taka nasza gra

Na chwilę znalazłem się w miasteczku. Czy wiesz, że oni robią zakupy raz na tydzień? Z reguły tak robią. W inne dni są samowystarczalni, czemu się nie dziwię, spędzając z nimi coraz więcej czasu. Anna została dziś w domu z bezwzględnym przykazaniem: „Odpoczywaj! Ani się waż zajmować się pracą. Telewizor, książka, radio, komputer, drzemka po przedpołudniowej kąpieli – wszystko tylko nie praca.” dzieciaki zostały zabrane i ja uległem namowom. I tak rozpoczęło się szaleństwo męskich, konkretnych zakupów, wizyta w wesołym miasteczku, które akurat „zjechało”, pizza, lody, trykotowe koszulki na placu, słodycze w markecie, piwo na wynos, spacer po rynku i chwila swobody dla mnie i dla nich, aż do wieczora.
A ja? No cóż, rozsiadłem się na ławeczce przy fontannie. jak ja się rozsiadłem, bezwstydnie i zaborczo. Niemal rozłożyłem się, łapiąc słoneczne promienie w garść. Był to czas przełomu. Sobotni gwar tłumu powoli ustępował miejsca popołudniowej sjeście. Chyba w każdym mieście sobota jest przekrojona na trzy, łatwo dające się wyodrębnić części. Do południa – niestrudzone tłumy wciskające się w każdy zakątek miasteczka; po południu senny letarg; wieczór z potęgującym się wzrostem zainteresowania się miastem przez pary i grupki, najczęściej młodych ludzi.
Tak właśnie było i tym razem i mniej więcej w połowie dnia, kiedy beztrosko relaksowałem się na skwerze przy fontannie, musiał mnie spotkać. Rozpoznał mnie, podszedł, wyciągnął do mnie rękę. Niemal poderwał nią moją dłoń, uścisnął ją mocno, nie podejrzewając, że nie mam ochoty na rozmowę. Wypowiedział pradawne i banalne „cześć”, na co półgębkiem zareagowałem podobnym odezwaniem. kiedy już szykował się do zadawania bezsensownych pytań w rodzaju: „co słychać?”, „jak ci się wiedzie?”, kiedy zajrzysz do nas?”, odezwałem się pierwszy, ignorując choćby próbę nawiązania przez niego rozmowy.
- Czy możemy się umówić …- przewidywał ciąg dalszy, lecz musiał się zawieść – czy możemy się umówić – kontynuowałem – że się nie znamy i nic o sobie nie chcemy wiedzieć? I że nie jesteśmy sobie potrzebni widząc się pierwszy raz w życiu. To taka nasza gra, rozumiesz?
Wstałem z ławki i odszedłem w stroną, z której on przybywał. Mam wrażenie, że osłupiał, widząc jak oddalam się wolnym krokiem, nie odwracając się za nim i milcząc jak zaklęty.
To było mi bardzo potrzebne. Wydaje się, że cały czas czekałem na to, co zrobiłem.

Wkrótce na jednej z uliczek miasteczka ujrzałem tę wspaniałą, czwórkę pochłaniającą wargami topniejące lody i skierowaliśmy się na parking, gdzie stało auto leśniczego.

35. Przejażdżka

Przejeżdżałem. Secesyjna kamienica, solidna, z wejściową bramą, za którą niewielki ogród, może nie ogród a połać ziemi porosłej starannie wypielęgnowanymi wieloletnimi kwiatami i krzewami róż kwitnącymi od czerwca do września. Wchodząc do środka należało unieść rękę na wysokość głowy, aby pochwycić rzeźbioną klamkę. Drzwi otwierały się dostojnie, patetycznie, bezgłośnie. Wnętrze budowli było świątynią nauki. Pamięć odmówiła posłuszeństwa jeśli chodzi o lokalizację poszczególnych sal.
Tęsknota i niespełnienie. Słyszę jeszcze ten głos; „Obyś nie żałował. Będziesz żałował”. I żałowałem, żałuję, będę żałował. Rozstanie z uczelnią odbyło się po angielsku i trzeba było czekać wiele lat, zanim ponownie odebrałem nauki.
Jest kilka takich miejsc, które pamiętam. Biblioteki, teatry, kina, kościoły, parki, antykwariaty, księgarnie, muzea, tramwaje, areny sportowe.
Wydaje mi się, że poznaję niektórych ludzi. Część z nich istnieje jedynie w mojej pamięci. Posnęli snem wiecznym. Pamiętam też miejsca, w których jadłem najlepsze rurki z bitą śmietaną, smakuję wodę sodową ze saturatora, wodę z sokiem malinowym.
W jednej chwili miasto, które na pewien czas mnie przytuliło i o którym jeszcze nie raz napiszę, przeniosło mnie wstecz, w moją durną młodość. Nadziwić się nie mogę, jak zdołałem bezpiecznie przejechać przez połowę miasta, kiedy wszystkie moje zmysły zaangażowane były w odkrywanie przeszłości.

piątek, 31 maja 2013

34. Pogłębiam

Franciszku, mnie tam jest dobrze i nie czuję się tak bardzo samotny. Doprosiłem się o łopatę, którą postanowiłem pogłębić rów otaczający gospodarstwo, aby woda nie zalewała podwórza. Zacząłem przed świtem. Mówię ci, że tak lepkiego przedświtu to chyba w życiu nie zaznałem, no może raz, podczas nocnej eskapady z ojcem na wędkarskie łowy. Jasna jak wyprasowana firanka chmura przysiadła na głowach drzew, na łąkach, przysiadła i położyła się wygodnie, zmęczona upiorną burzą. Przedzierałem się przez nią w takiej kurtce nieprzemakalnej. Szło mi się ciężko, lecz oddychało lżej. Zacząłem obracać łopatą przed płotem obok głównego wejścia i posuwałem się w lewo, to znaczy na południe. Usuwałem korzenie, łodygi chwastów i rzucałem to na wierzch, tworząc wał ziemi pomieszanej z roślinnymi kłączami. Następnie przyklepywałem ten wał zewnętrzną stroną łopaty, nadając swojej pracy znamiona staranności i estetyki.
I kiedy tak pracowałem, wolno, acz systematycznie, niemal cały czas myślałem o tobie. Zastanawiałem się nad twoją samotnością i wspierałem ją myślami, mając na uwadze swoją własną. Pomyślałem, że ty w swojej pracy masz zbyt wielu takich, którzy cię nie rozumieją. Ponadto nadepnąłeś na odciski wielu. Dobrze sobie żyją, w luksusie, w wielkim o sobie mniemaniu, rząd dusz trzymając w ryzach posłuszeństwa, a tu taki prostaczek ośmiela się pochwalić ubóstwo i sam woli czuć się ubogim, a z duszą bogatą. Źle skończysz Franciszku upierając się przy swoim. Ciężko jest człowiekowi zrezygnować z dóbr, jakie były mu dane. Tracąc je, jak mniema, traci też znaczenie, poważanie. A ty z bicza sobie strzelasz nad ich głowami, każesz ubóstwem świecić, nie złotem i purpurą. A toś im strawę uszykował bez przypraw i okrasy, a żołądki przywykłe do rarytasów. Jakże oni teraz staną przed ludem prawdę głosić, że umiar i ubóstwo jako pierwsze przez ucho igielne przejdą.
Kopałem więc i za każdym ponowionym razem twoje Franciszku słowa i uczynki podtrzymywały mi stylisko, czyniąc moją pracę lżejszą. I nastał pierwszy promień słonecznego światła, a mgła uniosła się gdzieś lub przepadła bezpowrotnie. 

czwartek, 30 maja 2013

33. Śpiewam sobie

Śpiewam sobie. Nie moje to pieśni, lecz przy ognisku kto by domagał się moich, skoro z pamięci utoczyć można stokroć piękniejsze. Noc grzmiąca pomrukami burzy, co zmoczyła, potargała i odeszła sobie, lecz gdzieś poza koroną lasu została i dyszy, i straszy, choć strachów się tych nie boimy, zaczerpnąwszy do ust nalewki z wiśni, a jaka królewska w smaku i konsystencji swojej lepkiej, purpurowej, słodkiej i piekącej podniebienie.
Jakoś że komary nie dokuczają. Pewnie jeszcze ich skrzydełka nazbyt wilgocią nasycone, albo też dym jałowcowy im nie w smak, lubo też posnęły, niskim ciśnieniem utrącone.
Mam ja wyrzuty sumienia, że goszczą mnie tak przykładnie, ratują od niepotrzebności istnienia mnie między nimi i w świecie całym, a ja zamiast uczestniczyć w ich życiu całą swą fizycznością, bajki opowiadam i śpiewam:

„O piękna nocy nad zwyczaj tych czasów,
Patrz na nas jasno wpośrzód tych tu lasów,
Gdzie jako pszczoły wkoło swego pana
Straż dzierżem niecąc ognie aż do rana.(…)” *

A oczy mi zwilgotniały, bo kiedy przez samego Boga opuszczony – tak się nad losem swym wzruszałem – tutaj znalazłem całkiem pokaźny zrąb duszy swojej i towarzystwo, co dzieląc mój los, miód wlewa do ust moich.
Wciąż jednak uwierzyć nie mogę, czy to realna rzeczywistość, sen, wyobrażenie, czy pragnienie wydobyte nagle na sam wierzch, a może wszystko po trosze jest i prawdą i zmyśleniem.

* toż to początkowa strofka z Pieśni XIII, księgi pierwszej mistrza Jana Kochanowskiego

32. Odpoczynek

Właściwie to ja powinienem się nimi zaopiekować. Jeżeli nie zaopiekować, to przynajmniej pomóc. W takim lesie, na odludziu pracy zapewne nie brakuje. On wyszedł na poranny spacer z psem na smyczy, potem, po wczesnym śniadaniu udał się w miejsce wyrębu wiatrołomów. Mówił, że jeszcze dwa-trzy tygodnie, a uda się przygotować resztę drewna do wyjazdu. Niewiele tego zostało, bo i tez nawałnica nie poczyniła takich szkód jak w sąsiedztwie. Marne to będzie drewno – młode sosny rosnące na piaszczystym wzgórzu, którymi wiatr zakręcił. Piły potną to, traki zmielą, przyda się co najwyżej na pelety.
Ona pracuje w gospodarstwie. Trójka dzieci. Do podstawówki chodzą. Dzisiaj sobota, więc od rana obowiązków przybyło. Trzeba tę dzieciarnię przymusić do uprzątnięcia obejścia, porządków w pokojach, zanim pohasają sobie po lesie.
Mógłbym się przydać do włożenia dzieciakom do głów paru angielskich słówek, albo w ogóle do odrobienia lekcji na poniedziałek. Mógłbym się stać taką guwernantką, która zapanowałaby na stanem umysłowym dzieci leśniczego. Mógłbym.
Tymczasem zbudzono mnie kiedy słońce posunęło się w godzinach i ciska w oczy żółtym piaskiem promieni. A ledwie się obudziłem, ona podaje mi śniadanie. Jajecznica. Zrobiła ją pomiędzy jednym a drugim praniem. Dzieciaki pomogły w rozwieszeniu. Teraz gdzieś baraszkują po okolicy.
Wręcz posadziła mnie przy stole, podsunęła talerz pod nos, nakroiła chleba, chleba własnego wypieku, dała nóż do masła. Kto to widział dziś prawdziwe masło? Ona mówi, że dwie krowy mleczne ma, więc z masłem nie problem.
Pewnie że jem. Wręcz zajadam się. Zachwycam. Ale nie tak powinno być. Czuję się darmozjadem. Szukam pracy.
- Szukam pracy – mówię, kiedy ona zaczyna trzecie pranie. Nie słyszy, albo udaje, że nie słyszy. Pralka zaczyna hałasować. Wibruje niewyważona. Powtarzam, że szukam pracy, a ona nagle odzywa się do mnie mówiąc, że czytała moją książkę, którą pożyczyła od znajomej, która mnie zna i to właśnie ona mnie poleciła.
- Przeczytałam całą i jestem pod wrażeniem.
- Co tam książka – przerywam jej – szukam pracy a książka jest do niczego.
- Ja tutaj nie mam zbyt wiele czasu na czytanie – mówi – początkowo żałowałam, że osiedliliśmy się w tym miejscu, bo miałam swoje ambicje. Tęskniłam za przyjaciółmi, za rodziną. Niektórzy wykruszyli się, ale to chyba normalne; inni przyjeżdżali, zwłaszcza w lecie i wczesną wiosną. A książka jest dobra. Wie pan dlaczego? Bo życie w niej płynie powoli, tak jak u nas. Czuć ten spokój. Pokochałam tę naszą stabilizację, więc pana książka musiała mi się spodobać.
Po śniadaniu dzieciaki wzięły mnie na przechadzkę po lesie. Pokazały mi drogę do wodopoju, jaką zmierzają każdego dnia sarny.
- Nie zobaczymy ich teraz – poinformowała mnie Kasia – one przychodzą bardzo wczesnym rankiem, kiedy jeszcze śpimy.
Pomyślałem, że każde zdarzenie we wszechświecie ma swoje określone miejsce i czas.

wtorek, 28 maja 2013

31. Na wewnętrznym

- Panie, ja to z tym ciśnieniem mam. Zeszło mi to drugie na czterdzieści i mnie zaraz do Płocka wzięli. Córka przyjeżdża, patrzy a łózko puste. Ja się o nią boję, bo ona ma cos w tej głowie. Nie czuć jej pulsu. Żył jakiś nie ma, czy co. Ostatnim razem to tak strasznie ją ta głowa bolała. I ja sobie tu leżę, a niej wciąż myślę. Troje dzieci ma. Sześć, dziewięć i czternaście. I tak bym jej jeszcze chciała pomóc, a tu muszę leżeć…
- Proszę państwa, poprawę widać i zaraz po wyjściu, zgłoszą się państwo do lekarza neurologa. Taka jest procedura. Nie możemy bezpośrednio skierować ze szpitala na inny oddział, choć to ten sam  szpital. NFZ wymaga, że musi opuścić oddział, musi mieć wypis. Wie pan, to tak dla dobra pacjenta robią. Nie może opuścić oddziału o własnych siłach, ale przechodząc na inny, na rehabilitację, musi mieć wypis. Trzeba za to podziękować posłowi W. – powiedział doktor L.
- Znamy go, znamy, panie doktorze. Nad nami mieszka – wtrąciła J.
- To wskazówka dla pani, na kogo postawić krzyżyk.
- Jeśli chodzi o krzyżyk, to pan poseł bardzo modlący.
- A jakże, na mszy w pierwszym rzędzie stał, na tej mszy za pomyślność szpitala – podjął temat K.
- Na każdej mszy w pierwszym rzędzie staje – kontynuowała J. – ostatnio nowy ornat zakupił do kaplicy.
- Mniej ludzi w szpitalu, więcej pracy dla księży.
… W czerwcu córka ma jechać do Matki Polki. Może tam jej pomogą, bo do którego nie pójdzie, to załamują ręce… no to ja już sobie pośpię.

30. Et tu Brute contra me?

Na poddaszu (dano mi tam spocząć) powziąłem myśl o tym, że w przypadku, gdy sił mi na stare lata nie wystarczy, każę się odwieźć do domu pogodnej starości. O tak, nie będę dla nikogo ciężarem. Dobrze by było mieć taki mały pojedynczy pokoik. Może być i dwuosobowy, ale żeby współlokator nie był nazbyt rozmowny, bo ja lubię sobie pomilczeć. Nie żebym był jakim odludkiem, ale milczenie jest dla mnie ważne. Najlepiej, aby ten dom był jak najdalej miejsca, w jakim żyję. Tak naprawdę, to skoro teraz cię nie zauważają, to obojętne będzie IM, gdzie spędzę resztkę swego życia. Obojętność to niezwykle popularna cecha dzisiejszych czasów. Jeśli jesteś na szczycie, trudno aby przechodzono obok ciebie obojętnie. Kiedy jednak stracisz pozycję, zapomnienie i obojętność masz jak w banku. Czasami również możesz liczyć na ostrze sztyletu wbite w twoje plecy. Obracasz się ledwie łapiąc ostatni oddech i widzisz tę dłoń zaciśnięta na rękojeści. Twoje oczy, na które zachodzi lepka i nieprzezroczysta mgła, patrzą na tę dłoń ze wzgardą i niezrozumieniem. I ty, Brutusie …?
Nagle moje oczy rozwarły się. Źrenice spróbowały przedrzeć się przez ciemność. Pot spłynął po czole. Sen zniknął tak szybko, jak wcześniej się pojawił. Czwarta nad ranem. Jeszcze spojrzenie w okno. Wilgotny, deszczowy przedświt.  

poniedziałek, 27 maja 2013

29. Dotarłem do celu

Wychodzę. Nie wiem na jak długo. Wolałbym kiedyś jeszcze wrócić, jak się da. „Się da” brzmi bezosobowo. Tak lepiej. Zastanówmy się, gdzie wychodzę. Najbliżej mam do leśniczówki w jednej drugiej odgrodzonej przed światem bagnami. Druga połowa to las, prowadząca do nie szutrowa droga. Wokół tego samotnego gniazda sosny wysokie, aż po skraj nieba. Ku bagnu brzozowy gaj – młodniak, niżej – kępy olszyn, wysokie trawy torfowiska, pierwsze oczka wodne, przechodzące w równinną dal, za którą majaczy we mgle kontur ciemnego lasu.
Inna droga prowadzi na wyspę bezludną, lecz ta zbyt daleka, przynajmniej w tej chwili niedostępna.
Powróćmy więc do leśniczówki. Strudzony, pozbawiony sił do życia i środków na przetrwanie, pojawiam się nocą jak zabłąkany, napotykając hałaśliwe ujadanie psów. Nie przekraczam granicy wytyczonej przez płot z drewnianych sztachet. Uchylają się drzwi. Oświetlona błyskiem latarki postać w bieli przyciąga dwa podwórzowe psy. Psy cichną, choć ich oczy podejrzliwie spoglądają w stronę wędrowca.
- Kto tu? – słyszę stłumiony męski baryton.
Odpowiadam, a mój głos zdradza samotność i słabość.
- Wchodź i nie bój się. Psy nie zrobią ci krzywdy przy mnie. One cię tylko nie wypuszczą, więc jeśli wejdziesz, nie próbuj wychodzić.
Nie miałem wiele. Tobołek w postaci plecaka. Książki dzieliły w nim miejsce z częściami wymiennej garderoby. Ale to książki ciążyły najbardziej. Przez nie byłem głodny, bo w plecaku nie było już miejsca na chleb.
Psy rzeczywiście odstąpiły ode mnie. Skryły się gdzieś i pewnie cały czas obserwowały mnie z oddali.
- Nie zabiorę wiele miejsca. Ot, kawałek przestrzeni, w której mógłbym złożyć swoje obolałe kości. Nawet poduszki nie potrzebuję, wystarczy mi plecak. Potrzebny mi koc na tę zimną noc.
Wprowadził mnie do środka. Kobieta stała już w progu kuchennej sieni.
- Jesteś głodny – stwierdziła.
Skinąłem głową i pomyślałem, że jeśli spotka się na swej drodze kobietę, ona zawsze zadba o żołądek.
Zapłonęło wątłe kuchenne światło, kiedy wskazano mi miejsce przy stole.
- Zanim pokażemy ci, gdzie możesz spać, a moja żona przyniesie ci koc do przykrycia, wypij.
Postawił przede mną szklankę z trunkiem o smaku domowej śliwowicy.
Była mocniejsza od wódki. Poczułem ciepło przybywające z alkoholem do wnętrza wychłodzonego ciała.
Wyszedłem więc i dotarłem na miejsce z pustym portfelem i książkami. W chwili pożerania pieczonego uda kurczaka nie myślałem jeszcze o powrocie. Zresztą, nie miałem dokąd wracać.

piątek, 24 maja 2013

Tyle ile potrzeba, nic więcej

„Kto ma swego chleba,
Ile człeku trzeba,
Może nic nie dbać o wielkie dochody,
O wsi, o miasta i wysokie grody. (…)”

I tak w czarnoleskie zwrócony strony, wyglądam tego, co z oczywistą mądrością sprzeczne i dzisiaj niemal niespotykane. Wyglądam, bo chcę posmakować tej pięknej naiwności staropolskiej, która mistrzowi Janowi każe zachować umiar w osiąganiu szczęścia.
Dzisiaj, kiedy z jednej strony kariera, pogoń za sławą i mamoną zamyka oczy na biedę i niedostatek, z drugiej, kiedy trudno o ten chleb, co człowiekowi niezbędny do życia, słowa Kochanowskiego zawstydzają. Prawda, że i w jego czasach nie każdy w chleb swój był bogaty, ale prawdą jest też to, że  ponad pięćset lat minęło, aby umieć nasycić ludzkie trzewia.
Nadto zauważyć trzeba, jak nikła jest u nas znajomość humanizmu, jeśli cytowana strofka w pamięć nie zapada.
Czy naprawdę tak trudne to zadanie pozwolić człowiekowi, aby miał swego chleba tyle, ile potrzeba do życia? 

środa, 22 maja 2013

Da da da

Na dadaistyczną nutę, bez uszanowania dla formy, bez koniecznego treści w onej formie rozproszenia, właściwie bez treści, jeno słów, słówek i półsłówek odbijanie, jako to czynią dzieci nasze, zabawę wyliczanką poprzedzając. Zatem usłyszmy:

Dada sylaba
Da da ma ma pa pa
Da mi ma ny ta ta
o ty o ty nie nie
chcę chcę chcę
stój tu stój tu
u dawaj u dawaj
chory ty chory ty
ja ja ja
bie da bie da
pod kość ół tak stój
o grosz proś
płacz płacz
na chleb
licz licz licz
na sie bie
na ko la nach
proś
pa pa nie dają nie dają
głod ny sen
głod ny sen
u mie raj
a przed u mie ra niem
czy taj ten list
czytaj
„u mnie raj daleko jedź przyjedź
nie odwracaj się
nie wracaj
nie
nic tu po to bie
cio tka”.